Spacerkiem po Myśliorzu

Kobold w myśliborskim młynie

Wśród mieszkańców dawnego Myśliborza krążyły różne opowieści o dziwnych stworach, zjawach, strachach, złych duchach, czarownicach, a także o skrzatach i krasnoludkach. Dużo opowieści traktuje o tzw. koboldach. Były to ludzkie miniaturki, mające w sobie coś z krasnoludka i coś ze skrzata. Małe, prawie niewidoczne, a jednak bardzo silne i lubiące dobrze i dużo zjeść. Życzliwie traktowane przez ludzi, odwdzięczały się przeróżnymi i wymyślnymi często posługami. Ale, gdy je lekceważono bądź im dokuczano, potrafiły wyrządzić wiele dotkliwych i równie wymyślnych szkód.

Pewnego księżycowego wieczora do myśliborskiego młyna zakołatali dwaj wędrowcy. Ponieważ pora była już późna, a podróżni wyglądali na zmęczonych, młynarz ulitował się nad nimi i przyjął ich na nocleg. Z wyrazami wdzięczności podążali za młynarzem, który przyprowadził ich do pomieszczenia, gdzie mieli przenocować. Ku ich zdziwieniu zastali tutaj schludnie nakryty stół, a na nim sporo jadła i napitku. Wyglądało na to, jak gdyby gospodarz spodziewał się gości. Młynarz, widząc ich zdziwienie, wyjaśnił, że obficie zaopatrzony stół przygotowany jest dla kobolda, który zjawia się w młynie każdej nocy, a podjadłszy sobie, robi generalne porządki. Na rano jest tak czysto, że nawet kilku służących nie potrafiłoby tego dokonać w ciągu nocy. I długo jeszcze opowiadał o różnych przysługach kobolda, aż goście posnęli. Jednak jeden z nich tylko udawał, że zasypia, gdyż nęcił go obficie zastawiony stół. Toteż gdy młynarz, widząc ich śpiących, udał się również na odpoczynek do pomieszczenia w dość odległej części młyna, ten wstał, a upewniwszy się, że młynarz już śpi, zabrał się do konsumowania tego, co było przygotowane dla kobolda. A czynił to z wyjątkowym apetytem graniczącym z zachłannością, czego efektem stał się pusty stół. Po czym niewdzięczny gość pogrążył się w głębokim śnie. O zwykłej zaś porze wszedł do pokoju kobold i zobaczywszy pusty stół, począł głośno wyrażać swoje rozczarowanie i niezadowolenie. Wędrowcy, przebudziwszy się. zaczęli na przemian besztać go niewybrednym słownictwem. Zaś jeden z nich (który zjadł poczęstunek kobolda) udał wielkie oburzenie i uderzył nawet maluszka w twarz. Wielce zasmucił się tak sponiewierany kobold i nie wykonawszy tym razem swojej codziennej pracy opuścił młyn i już nigdy do niego nie wrócił. Z nastaniem ranka wędrowcy bez ociągania się wesoło poszli swoją drogą. Zaś młynarz już na zawsze utracił swego wspaniałego pomocnika.


tekst z opracowania Henryka Piwowarczyka

2005 © RafS