Spacerkiem po Myśliorzu

Zjawy

Ludziom, którzy wędrowali samotnie bądź w kilku, różne zjawy się ukazywały po to, by ich w błąd wprowadzić, nastraszyć bądź mocno udręczyć. Owe zjawy przybierały różne postacie: ludzkie lub zwierzęce.


Zdarzyło się, że pewien gospodarz z Głazowa jechał razem ze swoimi krewnymi z wesela. Wóz pełen rozbawionych ludzi. Śmiechy, pokrzykiwania, śpiewy... Noc jaśniutka od księżyca, droga prosta i ubita jak klepisko. Koniska, umordowane, wlokły się noga za nogą, ale weselnym nie śpieszyło się. Woźnica nawet ich nie popędzał. Naraz konie stanęły. Śmignięte batem raz i drugi - ani drgnęły. Woźnica schodzi wiec z wozu, idzie przed konie, patrzy... swoim oczom nie wierzy. Oto prosiak przebiega drogą tam i z powrotem. Wreszcie po dość długim czasie zginał. Teraz konie pokłusowały bez odpoczynku aż do Głazowa. Kiedy owi weselnicy następnego dnia opowiadali swoje przeżycie, wielu gospodarzy potwierdzało, że im też się to przytrafiło.


Jeszcze bardziej nieprzyjemna okoliczność spotkała również woźnego ze szkoły w Golenicach, który był jednocześnie zakrystianem w golenickim kościele. Pewnego razu wieczorem wybrał się on do Kierzkowa w celach handlowych. Kilku znajomym obiecał przynieść szare mydło. Kiedy znajdował się już niedaleko Kierzkowa, na skrzyżowaniu dróg pojawił się mężczyzna, który zastąpił mu drogę. Woźny, człek spokojny, najpierw prosił owego mężczyznę, aby zszedł mu z drogi. Ale tamten ani myślał ustąpić. Doszło więc do bijatyki. Trwała ta bitwa aż do rana. Zakrystianin już tak zesłabł, że nie mógł złapać oddechu, wszystko w nim drgało, ręki już nie mógł podnieść. Myślał wiec sobie: "Z tamtym też nie musi być lepiej, może wreszcie ustąpi." Rzeczywiście, poczuł jak gdyby już nie człowieka bił, ale powietrze. Stanął tedy, obtarł pot z twarzy i oczu, żeby lepiej widzieć, patrzy, cofa się w tył i kręci głową. Żadnego chłopa przed nim nie ma, tylko stara wierzba, którą znał od wielu lat. Teraz co niższe gałęzie miała połamane, a cały pień był pokrwawiony i to jego własną krwią. Ręce miał poobijane i poranione. Czuł, że i twarz ma podrapaną, bo skóra swędziała go i piekła. Zadumał się zatem, gdyż przypomniało mu się to wszystko, co ludzie o tym miejscu opowiadali. Więc ile sił w nogach pobiegł do Kierzkowa.


Koło Myśliborza też pojawiała się zjawa. Pewien mężczyzna w roku 1870 wybrał się z Myśliborza do Rościna. Ponieważ odległość to niezbyt duża, wyszedł wczesnym wieczorem. Gdy zjawił się na rozwidleniu dróg, zauważył, że idzie za nim pies. Ale nie był to zwyczajny pies. Z jego oczu buchały płomyki jakby palącej się siarki. Zresztą i zapach siarki dało się wyczuć. Mężczyznę zdjął paniczny strach. Począł więc biec. "Pies" też. Gdy się zatrzymał, "pies" również się zatrzymał. Modląc się w duchu, biegiem dopadł do Rościna. Był tak wyczerpany, że znajomi leczyli go przeszło tydzień, nim odzyskał siły.


Pewien myśliwy ze Stawu opowiadał prawie szeptem: Wybraliśmy się z kolegą na polowanie. Idziemy... A tu w młodej pszenicy, w bruździe, siedzą dwa zające. Mówię więc do kolegi: "No, jeden to na pewno będzie nasz". Złożyłem się, było blisko... Pociągnąłem za cyngiel, klapło tylko, kabzla nie zapaliła. A zające siedzą. Zakładam nową kabzlę, mierzę, a tu jeden zając podnosi głowę i patrzy na mnie, jakby czekał na śmierć. Spuszczam drugi raz - znowu tylko klapło. Teraz podsypałem nowego prochu, złożyłem nowiutką kabzlę, pociągnąłem... Jak nie huknie! Patrzę, z zająca prawie same kawałki. Ale koledze powiedziałem: "Idź i weź go", a sam zabrałem się do nabijania fuzji. A tutaj kolega krzyczy co sil: "Popatrz, zając zbiera się do kupy!" Podbiegłem, kilkanaście kroków zaledwie było, patrzę... Oczom nie wierzę. Kawałki zająca zaczęły podskakiwać i uciekać. W bruździe zostały tylko zadnie nogi, a i te poczęły nagle biec za tamtym. Zgniewało mnie to, więc mówię koledze: "Chwyć te łapy i dobij to-to". Rzeczywiście kolega złapał same skoki i wio za tamtym. Ja też pomagałem w gonitwie. Kiedy koledze spod rąk tamto uskoczyło, ze złości cisnął za nim nogami. Wtedy te nogi doskoczyły do reszty i poszło wszystko razem. A to był "zły". Takiemu nic nie zrobi żeby go na kawałki posiekał.

tekst z opracowania Henryka Piwowarczyka


powrót

2005 © RafS